Noworoczne pitu-pitu

2 stycznia 2015   

Noworoczne pitu-pitu

Proszę państwa, udało się. W momencie gdy piszę te słowa, końca świata nie ma i nie było. Rzeczywistość resztkami sił, ale jednak – nadal pedałuje na swoim kwantowym rowerku po mgławicy uniesień i rozczarowań. Mimo licznych światowych katastrof takich jak konflikty zbrojne, wybuch epidemii Eboli, czy wypuszczenie przez Wiśniewskiego nowego teledysku – ja osobiście, przynajmniej na tę chwilę, mam się dobrze.

Niedawno, w ostatni dzień grudnia, odbyła się u nas uroczysta impreza porodowa. Brzmi śmiesznie, ale przeprowadzamy ją co roku, często w bardzo podobnej formie, choć w różnych miejscach. Tym razem za salę porodową służyło mieszkanie starego przyjaciela mojej żony. Zebraliśmy się więc ze znajomymi na tej sali porodowej i zaczęliśmy zażywać różnego rodzaju środki znieczulające na bazie alkoholu. Mistrz Ceremonii powiedział, że alkohol odgrywa szczególnie istotną rolę w tym rytuale, więc każdy musiał zażyć go dużo. Rezultatem czego, w radosnej atmosferze obserwowaliśmy jak rodzi się Nowy Rok, jak wychodzi spomiędzy nóg naszej strefy czasowej targanej skurczami petard i fajerwerków.

Gdy już było po wszystkim, ucieszyliśmy się straszliwie, ponieważ trudno było sobie wyobrazić – co by się stało, gdyby Nowy Rok się jednak nie urodził? Jedną z opcji byłoby dokładanie nowych miesięcy do tego starego roku i udawanie, że nic się nie wydarzyło. Ale kto wymyślałby te wszystkie nazwy dla nowych miesięcy?

Szczęśliwie jednak, jest styczeń 2015. Według filmów Sci-Fi z lat osiemdziesiątych powinniśmy mieć już “świetlaną przyszłość”, a tu: tyłek, dupa. Jedyna całkiem niezła świetlaność jaka mi przychodzi do głowy, to diody LED. Okazały się wynalazkiem na miarę nagrody Nobla z fizyki. Ja bym jednak wolał antygrawitacyjną deskorolkę z “Powrotu Do Przyszłości II”.

Wydawałoby się, że początek roku to doskonały moment do różnego rodzaju podsumowań i wyznaczania celów na nowy rok. Porada profesjonalisty: nie rób tego!

Tak jak od października supermarkety zaczynają obrastać w bożonarodzeniowe choinki, bombki, łańcuszki i innej maści bawarski kicz, tak od połowy grudnia do połowy stycznia internety zalewa fala różnego rodzaju podsumowań i postanowień na nowy rok. Najgorsze w tym wszystkim jest to, że to jeszcze nie koniec, bo potem czeka nas symfonia narzekań i żalów, że postanowienia noworoczne nie wyszły.

Dlatego moim skromnym zdaniem, warto zaoszczędzić sobie i światu zbędnego kłopotu i… zacząć od końca – od razu nie robiąc nic! Dzięki temu zyskujemy minimalną szansę na zachowanie energii na coś faktycznie pożytecznego, np. umycie naczyń albo podlanie kwiatków.

Kiedy już skrytykowałem i zbeształem wasze postanowienia noworoczne, mogę wziąć się za snucie własnych. Będzie to takie bardziej meta-postanowienie, co częściowo mnie usprawiedliwia. Mianowicie chciałbym mieć więcej postanowień. Tylko nie noworocznych.

Poprzedni rok był świetny, ale spora część osiągnięć była dziełem spontanicznie podjętych decyzji. Czy jest w tym coś złego? I nie, i tak. Spontaniczność nie jest zła, wręcz bardzo ją cenię, ale…

Tu muszę przyznać, że do powyższych przemyśleń zainspirowała mnie moja żona, która dzisiaj odkryła pierwszy siwy włos na mej skroni. A tak na serio, to mam ich coraz więcej (siwych włosów, nie żon – na szczęście), a czym mam ich więcej, tym bardziej chciałbym robić tak, jak radził tata Indiany Jonesa w “Ostatniej Krucjacie”: wybierać mądrze.

Skoro już ustaliliśmy, że jestem siwym starcem, to mogę pozwolić sobie na takie arbitralne stwierdzenie: życie to plątanina planów i przypadkowych wydarzeń na które po prostu reagujemy w momencie, gdy wystąpią.

Życzę sobie i wszystkim, aby ta randomizacja wydarzeń życiowych nie przysłoniła nam faktu, że mamy wpływ na swoje życie.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *