Rocznicowe przygody małżeńskie

16 lipca 2016   

Rocznicowe przygody małżeńskie

Świadomi faktu, ja i żona, że wraz z dwójką dzieci tworzymy może i najmniejszą, ale całkiem wesołą komórkę społeczną, postanowiliśmy wyjść na przeciw współczesnym trendom i spędzić rocznicę ślubu w Myśliborzu.

W tym celu dokonaliśmy niemal niemożliwego i  podzieliliśmy tę najmniejszą, ale wesołą komórkę na dwie jeszcze mniejsze i jeszcze weselsze komóreczki. Ja z żoną do wspomnianego Myśliborza, dzieci do niewspomnianych dziadków. Trudno było w tym momencie stwierdzić, która z (pod)komórek będzie miała grubszą imprezę, oczyma wyobraźni widziałem już te hektolitry słodyczy przepływające przez niewinne jelita naszych dzieci, no ale Rocznica. Rocznica wymaga poświęceń. Poświęceń logistycznych i temporalnych, bo tak naprawdę, to Rocznicę mamy dopiero za miesiąc, ale ze względu na te poświęcenia i te logistyki, tak jakoś wyszło, że jedyna możliwa koniunkcja teściów przypadała na środek lipca. Tak czy inaczej, po przewiezieniu pociech z Poznania do Gorzowa, Myślibórz stanął przed nami otworem!

Niestety, po dojechaniu na miejsce okazało się, że otwór ten – nie był otworem do którego proktolog udałby się na wakacje, aby odpocząć od pracy. Ale o tym za chwilę.

Co zadecydowało o wyborze tej miejscówki? To długa historia. Początkowo wahaliśmy się między Myśliborzem a Tokio. No bo niby oba te miasta są do siebie dość podobne, a pod pewnymi względami Myślibórz nawet Tokio przebija. Na przykład, ma prawie dwa razy więcej mieszkańców niż rozważana tu stolica Japonii (tylko w przypadku tej ostatniej chodzi o liczbę mieszkańców na kilometr kwadratowy, jednak to detal). Podobnie jak Tokio, Myślibórz ma też dostęp do akwenu wodnego, który to akwen w przypadku Myśliborza jest jeziorem. I to właśnie poziom zasolenia akwenu przeważył, gdyż żona uważa, że nadużywam soli. Wystarczająco bliska, a jednocześnie cudownie duża – odległość od dzieci pozostających pod kuratelą teściów była tylko pretekstem emocjonalnym, przypieczętowującym ostateczną decyzję.

Oczyma umęczonej, łaknącej krótkiego urlopu wyobraźni widzieliśmy już, jak bosymi stopami spacerujemy po plaży przy akompaniamencie zachodzącego słońca. Oczywiście w tle leciałaby wtedy – nie wiadomo skąd – piosenka zespołu Maanam “oprócz błękitnego nieba…”, a okoliczny las szumiałby kojąco zielenią i świeżością dzikiej natury, tak innej od tego co doświadczamy na co dzień, żyjąc w mieście.  Powiem więcej, moglibyśmy tak spacerować po tej plaży z naprzemiennym szlajaniem się po lokalnych kawiarniach, knajpach i kinach – trzymając się za ręce, śmiejąc i żartując.

Nie wiem dokładnie gdzie popełniliśmy błąd, ale zaczęło się od tego, że przed samym wyjazdem moje spojrzenie na świat zmieniło się całkowicie, bo dostałem zapalenia spojówek. Czerwone oczy jak u wampira, łzawiące i swędzące, to jednak żadna przeszkoda dla człowieka ze stali, jakim niewątpliwie jest każdy ojciec dwójki energicznych chłopaków. Założyłem podróbki ciemnych okularów marki Ray-Ban i ruszyliśmy w Drogę.

Już teraz mogę wyjawić, że tę pogodę ducha jakimś cudem udało się utrzymać do samego końca – po dziś dzień jednak nie wiem, czemu akurat nasz urlop musiał okazać się opowieścią o zwycięstwie ducha nad materią? Ale po kolei.

Kilka dni wcześniej udało nam się z drobną pomocą Internetów zarezerwować pokój (oczywiście ostatni) we wspaniałej willi, która na zdjęciach wyglądała niemal jak z fotografii. W zasadzie na żywo też tak wyglądała, jednak doświadczana pełnią zmysłów nastarczała pewnych trudności. Nie mogliśmy zdecydować się jaka jest prawidłowa odpowiedź na pytanie “szambo czy grzyb” jeśli chodzi o zapach panujący w pokoju. Żeby oddać sprawiedliwość – sam zapach był na tyle mało intensywny, że głowiliśmy się nad tą zagadką do samego wyjazdu i w zasadzie to w stanie upojenia alkoholowego w ogóle nam nie przeszkadzał. Zresztą, nie mieliśmy zamiaru całego urlopu spędzać w hotelu!

Jakieś dwadzieścia minut po opuszczeniu naszego przytulnego pokoiku narodził się niestety kolejny problem. Błękitne niebo z piosenki szybko przerodziło się w granatowe, pełne intensywnego deszczu, co jakby spaliło na panewce tę część z chodzeniem po plaży. Na szczęście nasz plan był rozbudowany i wielowarstwowy – pozostawały knajpy, romantyczne kawiarenki, restauracje i kina.

Szybko jednak okazało się, że były to tylko chore fantazje naiwniaków z Poznania. Jedyne kino, jakie znajduje się w Myśliborzu, zostało zamknięte w 2002 roku i teraz można co najwyżej poczytać o nim na stronie TuByloKino.pl. Klops. Rzeczywistość ma to do siebie, że dość szybko weryfikuje różne, błędne założenia – zwłaszcza, jeśli chodzi o urlop. Wystarczyło półtorej godziny lawirowania między strugami deszczu (lub kilka minut na TripAdvisor) aby odkryć, że nie ma w tym mieście żadnych knajp, romantycznych kawiarenek, a jedyne restauracje to te hotelowe!

Odsapnąwszy nieco w pokoju, po prysznicu i kontemplacji na temat “szambo czy grzyb” udaliśmy się więc na romantyczną kolację do wspomnianej restauracji. I tu niespodzianka! Jedzenie pycha! Żadnych przykrych niespodzianek! No, może poza faktem braku możliwości płacenia kartą – na szczęście miałem przy sobie trochę gotówki. Resztę dnia postanowiliśmy spędzić z butelką lokalnego wina. Tzn. wina z lokalnego Netto. Stwierdziliśmy, że jeśli jutro pogoda będzie taka sama, to wpadniemy na szalony pomysł i pojedziemy sobie na wycieczkę do… Szczecina. Skoro przyroda nas tak olewa, to my olejemy przyrodę.

Tak też się stało. Pogoda była nawet jeszcze gorsza, więc z nadzieją na lepsze jutro wsiedliśmy do samochodu i ruszyliśmy siedemdziesiąt siedem kilometrów na północ w pogoni za szczęściem. W Szczecinie było spoko. Tak bardzo spoko, że odwiedziliśmy go nawet dwa razy tego samego dnia. Ten drugi raz nastąpił oczywiście już po pierwszym, kiedy będąc z powrotem w Myśliborzu i marząc jedynie o ciepłym łóżku – nagle odkryłem, że mój plecak został w Szczecinie! To się nie zdarza! A jednak… Na szczęście żaden problem, bo żona to anioł i prawie wcale się nie zdenerwowała, a restauracja w której go zostawiłem czynna była aż do północy.

Następnego ranka, kiedy mieliśmy już wracać – rozpogodziło się. Postanowiliśmy przedłużyć nasz pobyt jeszcze o dwie godzinki i udać się nad brzeg nieszczęsnego jeziora, od którego wszystko się przecież zaczęło.

To były bardzo ciepłe chwile. Tuż po spacerze wzdłuż brzegu, jeszcze przed powrotem do auta – zasiedliśmy na ławeczce wpatrując się w spokojną taflę wody i kontemplując. Mimo wszystko każde z nas czuło, że to był udany urlop – i z pewnością odpoczęliśmy trochę od trosk życia codziennego. Najważniejsza jest bowiem pogoda ducha!

– Kocham cię. – W którymś momencie powiedziała żona.

– Ja ciebie też. – Odparłem, ale chyba jakoś tak cicho, bo nie zrozumiała.

– Jacek, czy Ty właśnie powiedziałeś “ja ciebie wieprz”?

– Mhm. Całkiem możliwe.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *