Rzecz o nostalgii, czyli przypadek Secret Service

30 stycznia 2016   

Rzecz o nostalgii, czyli przypadek Secret Service

Z przeszłością, jest jak z Baśką z piosenki Wilków. Może i miała fajny biust, ale kiedy dwadzieścia lat później ubzduramy sobie, żeby ponownie wejść do tej samej… rzeki, to w zamian możemy uzyskać komplet najbardziej obwisłych cycków po tej stronie Warty.

To powiedziawszy, chciałbym podkreślić, że szanuję wszystkie kobiety niezależnie od ich umiejscowienia w czasoprzestrzeni. Przeszłość zresztą też. Kiedyś, to były czasy. Tylko kiedy? Nieważne! Najważniejsze, że były kiedyś. Wystarczy odczekać dziesięć – piętnaście lat, a nasz mózg z gracją Photoshopa magicznie podkoloruje większość wspomnień.

Czerwone gówno w woreczku ze słomką gratis? Dla wielu z nas to do dziś prawdziwa ambrozja, napój bogów, czy też po prostu legendarna oranżada z PRL-u. Oczywiście teraz już takiej nie robią.

Miałeś najgorszą pracę świata? Twoi biurowi koledzy to banda gnid zatrudniona po znajomości? Szef stanowił połączenie Fidela Castro ze Sknerusem McKwaczem? Nie szkodzi! Po pewnym czasie twój neuronowy przyjaciel zamieni wszystko w “będzie co wnukom opowiadać”, “kiedyś to robili prawdziwe…”, “teraz już nie ma takich” albo “za moich czasów”.

Moim zdaniem jest to zupełnie w porządku, pod warunkiem oczywiście, że nie zacząłeś używać określenia “dzisiejsza młodzież”. Kto wie? Może natura po raz kolejny odznaczyła się tu swego rodzaju mądrością. Jeśli przyjąć, że zdrowy umysł odwleka myśli o własnej śmiertelności po to, aby lepiej funkcjonować w teraźniejszości – to być może ta sama zasada dotyczy kolorowania przeszłości. Dzięki temu mamy “zabezpieczoną” zarówno przyszłość jak i przeszłość.

Trzeba jednak z tym uważać, bo świat nie byłby sobą, gdyby nie próbował na tym zarobić. Ja na ten przykład, dałem ostatnio nabrać się na przypadek magazynu Secret Service.

Gdy tylko w mediach pojawiła się informacja, że chcą reaktywować to kultowe czasopismo – zwariowałem. Oczyma wyobraźni widziałem już, jak idę sobie ulicą, niby to przypadkiem przechodzę koło kiosku, niby to od niechcenia zerkam na półkę z czasopismami, a tam ona… czerwona okładka Secret Service.

Wyszło w najlepszym wypadku średnio, a na dodatek już po dwóch miesiącach od premiery pierwszego numeru, czasopismo rozpadło się. Jest to o tyle ironiczne, że rozpadło się dokładnie z tego samego powodu, co wiele lat temu: targane wewnętrznymi konfliktami i rozbieżną wizją tego, jaki ma mieć kształt. Historia zatoczyła pełne koło, tylko niesmak pozostał większy, bo dzięki Internetom, można było bardziej wnikliwie śledzić całą aferę.

Nie pomogło nic: ani wielka miłość tysięcy fanów, ani nawet te 284 tysiące złotych zebranych na publicznej zbiórce, do której i ja nieroztropnie dorzuciłem swoje trzy grosze. Duże rozczarowanie.

Kiedy jednak analizuję to na spokojnie, to tak sobie myślę: dobrze mi tak. To było jak próba reanimacji trupa. Niby idea szczytna, ale jakoś tak nie bardzo iść potem do baru z takim zombiakiem.

Z przeszłością trzeba ostrożnie. Nie od dziś wiadomo, że historię piszą zwycięzcy.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *