Umysł a postrzeganie rzeczywistości

28 czerwca 2016   

Umysł a postrzeganie rzeczywistości

Ostatnio głośno zrobiło się na temat wyjścia GB z Unii. Na temat referendum i jego wyników: 51,9% kontra 48,1%. Historia po raz kolejny dzieje się na naszych oczach, jednak ten wpis nie będzie o polityce. Będzie o nas. O ludziach, którzy decyzje podejmują podobno w sposób racjonalny. O mnie. Człowieku, który jakiś czas temu postanowił sobie, że spróbuje myśleć. Okazało się, że to strasznie trudne.

Preludium

To dzieje się samo. Lata lecą, a jak wiadomo – człowiek czym starszy, tym głupszy. W ustach pojawiają się coraz to nowe smaki (tak przecież oklepanego już do granic możliwości) Sokratesowego “wiem, że nic nie wiem”. Przeżuwam niczym świeżo zrolowany na spoconym udzie starej meksykanki tytoń: gorzki Brexit, imigranci, program 500+, protesty młodych lekarzy i inne bieżące problemy społeczne.

Niewiele z tego żucia wychodzi. Czasem uda się zrobić jakiś pomniejszy balon, ale potem zaraz sobie przypominam, że przecież tytoń to nie guma balonowa. Wtedy uświadamiam sobie, że świat to bardzo specyficzne miejsce. Mamy oczy, uszy, mózgi – ale i tak wszyscy poruszamy się nieco po omacku. Czasem któryś z nas krzyknie: “Hej, odbijcie w lewo, bo tu dziura jest!”. I ludzie odbijają. Innym razem ktoś powie: “Ej, ja wszystko widzę – chodźcie za mną!”. I część ludzi idzie, wierząc (no przecież ślepo), że to prawda.

Zawodowo zajmuję komputerami. Programowaniem oraz – może przede wszystkim – rozwiązywaniem problemów informatycznych. Uwielbiam to. Słyszałem ostatnio w radiu ciekawy wywiad, w którym pewien Pan Profesor stwierdził, że informatyka daje mu ogromne spełnienie, ponieważ pozwala odzyskać poczucie kontroli. Bardzo to zdanie do mnie trafiło. Zgadzam się z nim całkowicie.

Świat (wszechświat?) programu komputerowego wraz z jego środowiskiem wykonywania jest nieskończenie mniejszy od świata rzeczywistego. Liczba zmiennych, jak duża by nie była – jest nieskończenie mniejsza, niezależnie od tego, o jak zaawansowanym systemie informatycznym mówimy. Tutaj dużo łatwiej jest objąć rozumem… całość.

Uczy to pewnej pokory w patrzeniu na ten, powiedzmy prawdziwy, świat. Tutaj nawet proste pytania pokroju – dlaczego kamień spada – nie mają prostych, pełnych odpowiedzi. Jedyne co możemy zrobić, to posługiwać się uproszczonymi modelami rzeczywistości i liczyć na najlepsze.

W przypadku świata naukowego sprawa jest czysta: grono specjalistów prowadzi badania nad wąskim obszarem wiedzy i wypowiada się na tematy, które miało szanse dość dobrze poznać. Uderza mnie fakt, że w przypadku życia społecznego w państwach demokratycznych, sprawa wygląda zupełnie odwrotnie. Szerokie grono laików zmuszane jest do podejmowania decyzji w sprawach złożonych i bardzo rozległych, wymagających wiedzy z wielu dyscyplin naukowych.

Celowo napisałem, że fakt ten mnie uderza. Nie napisałem, że martwi albo denerwuje, nie jestem przeciwnikiem demokracji per se. Problem jaki dostrzegam polega na tym, że w walce z tak ogromną złożonością świata w którym żyjemy, nie mamy zbyt wielu sojuszników. W pewnych warunkach nawet nasz umysł jest zarówno sprzymierzeńcem, jak i wrogiem.

Jacy chcielibyśmy być

Ludzki umysł to w gruncie rzeczy fascynująca maszyna. Dostaje informacje ze świata zewnętrznego, przetwarza je, klasyfikuje i buduje sobie bibliotekę informacji ogólnych: faktów i praw rządzących światem. Gdy chcemy podjąć decyzję lub wyrobić sobie opinię na jakiś temat, w pierwszej kolejności sięgamy do tej naszej wewnętrznej biblioteki. Czasem to nie wystarcza, więc otwieramy się na świat i szukamy informacji na zewnątrz. To może być cokolwiek: od “znaków na niebie”, przez opinie znajomych i media, po zagrzebywanie się w źródłach i badaniach.

Na pierwszy rzut oka wszystko jest w porządku. Wydaje nam się (słusznie, ale…), że jesteśmy istotami rozumnymi, podejmujemy decyzje po przeanalizowaniu “za” i “przeciw”. Jeśli cudze osądy nie pokrywają się z naszymi, znajdujemy różne wytłumaczenia – od “każdy ma swoje zdanie”, po “jak oni mogą być tacy głupi”.

Większość z nas będzie zatem myślała o sobie, jako o istocie rozsądnej i racjonalnej. O tym mówią prawa ekonomii, a zdolność do racjonalnego i abstrakcyjnego myślenia to jedna z ważniejszych właściwości naszego gatunku.

… a jacy jesteśmy

W powyższym opisie wszystko się zgadza, brakuje tylko przypisu w postaci gwiazdki. Takiej rodem z reklamy sieci telewizji kablowej lub telefonii komórkowej. Otóż, aby otrzymać pakiet racjonalnego myślenia za złotówkę, trzeba słono za to zapłacić, a Operator i tak przygotuje jeszcze kilka kruczków, aby żyło się lepiej.

Problemy są tylko dwa. Nasz (wspomniany już wcześniej) umysł oraz świat zewnętrzny, który dostarcza kłopotów przez: swoją złożoność oraz… przez umysły innych osób. Trzymając się tej myśli, można by wysnuć wniosek, że praktycznie całe uniwersum próbuje zrobić nas w przysłowiowego konia. Część uniwersum faktycznie – osób czy ugrupowań manipulujących całymi narodami – było i jest w naszej historii wiele. Nie wszystko jednak jest celowym oszustwem, to raczej kwestia wzajemnej dezinformacji i bezwartościowego szumu. Tak czy inaczej, nawet bez zbytniego nurzania się w metafizycznych odmętach rodem z religii wschodu, warto zauważyć, że żyjemy w świecie iluzji. Nie jednej, a raczej całej ich spirali.

Jak myślimy

Nasz umysł nie jest wolny od pewnych wad fabrycznych, które dotyczą wszystkich.

Zacznijmy od tego, że nasz proces myślowy nie jest jednorodny. W swojej książce “Pułapki myślenia”, Daniel Kahneman wyróżnia dwa tryby (systemy), w jakich działa nasz mózg. System 1, to tryb szybki i automatyczny: jest to myślenie intuicyjne. System 2, to myślenie powolne, świadome i związane z subiektywnym poczuciem skupienia. Oba systemy są niezbędne do prawidłowego funkcjonowania, oba się przydają, choć kiedy myślimy o sobie samych, przeważnie utożsamiamy się z Systemem 2, który ma poczucie, że to on jest autorem działań i wyborów.

Jednak to System 1:

“bez wysiłku konstruuje wrażenia i emocje, które następnie stają się podstawowym źródłem świadomych przekonań i celowych wyborów Systemu 2. Układy idei generowane w sposób automatyczny przez System 1 są zaskakująco złożone”.

Co więcej, o ile mamy świadomą kontrolę nad tym w jaki sposób myślimy za pomocą Systemu 2, to już nad Systemem 1 zapanować jest trudno. A to on często pomaga nam zbudować wewnętrzną bibliotekę do której sięgamy, aby się nad czymś zastanowić.

System 1 jest dobry, kiedy prowadzimy samochód lub potrzebujemy szybko ocenić inną, dynamiczną sytuację. Nie ma wtedy miejsca na powolne i męczące dywagacje. Gorzej, gdy używamy go np. podczas wyborów. To chyba częste: jeśli chodzi o politykę, sporo osób ma tendencję do myślenia emocjami.

Za przykład można wziąć chociażby kwestię referendum Brytyjczyków w sprawie tytułowego opuszczenia Unii Europejskiej. Ciekawie zilustrowało to Google. Okazuje się, że największa liczba zapytań o to, co się stanie jeśli Wielka Brytania opuści Unię, nastąpiła… już po zamknięciu lokali wyborczych, kiedy emocje opadły.

Błędy poznawcze

Kłamstwo powtórzone tysiąc razy staje się prawdą.

Inne czynniki, które zaburzają naszą ocenę rzeczywistości, to tak zwane błędy poznawcze. Na stronie Wikipedii naliczyłem sześćdziesiąt (!) definicji błędów poznawczych na które jesteśmy narażeni. Nie ma sensu wymieniać ich wszystkich, ale niektóre są całkiem ciekawe:

  • Efekt czystej ekspozycji – wytworzenie pozytywnej opinii czy oceny obiektu pod wpływem samego zwiększenia liczby kontaktów z tym obiektem.
  • Efekt potwierdzenia – tendencja do poszukiwania wyłącznie faktów potwierdzających posiadaną opinię, a nie weryfikujących ją.
  • Efekt wspierania decyzji – tendencja do lepszego pamiętania argumentów przemawiających za podjętą już decyzją niż przeciwko niej.
  • Efekt zaprzeczania – tendencja do krytycznego weryfikowania informacji, które zaprzeczają dotychczasowym opiniom, przy jednoczesnym bezkrytycznym akceptowaniu informacji, które je potwierdzają.
  • Zasada podczepienia – tendencja do robienia czegoś (i wierzenia w coś) dlatego tylko, że wiele osób tak robi. Powiązany z zachowaniem stadnym i modą.
  • Iluzja grupowania – tendencja do zauważania wzorców lub korelacji tam, gdzie w rzeczywistości ich nie ma.
  • Błąd konfirmacji polegający na preferowaniu informacji, które potwierdzają wcześniejsze oczekiwania i hipotezy, niezależnie od tego, czy te informacje są prawdziwe.

Jednym z najbardziej szkodliwych moim zdaniem błędów poznawczych jest dysonans poznawczy. To bardzo istotny czynnik, który często zupełnie poza świadomością blokuje nasz proces otworzenia się na nowe fakty.

Tu zacytuję Wikipedię: “(…) twierdzenie o pojawianiu się nieprzyjemnego napięcia psychicznego wtedy, gdy u danej osoby występują (lub dotrą do niej) sprzeczne elementy poznawcze (mogą to być twierdzenia, przemyślenia, postawy, informacje, oceny, zachowania itp.). Dysonans poznawczy można nazwać popędem, (…) wywołuje ogólną mobilizację organizmu, motywuje do zachowań, których celem jest zmniejszenie napięcia, oraz wywołuje antycypacyjne unikanie”.

Mówiąc prościej, lubimy mieć rację. Kiedy coś jest sprzeczne z naszymi już zbudowanymi przekonaniami – mamy tendencję do unikania faktów, które im przeczą.

Kolejnym istotnym problemem jest heurystyka dostępności. Jest to uproszczona metoda wnioskowania polegająca na przypisywaniu większego prawdopodobieństwa zdarzeniom, które łatwiej przywołać z pamięci i/lub są mocniej nacechowane emocjonalnie.

Klasycznym przykładem jest strach przed lataniem – znacznie przeszacowujemy częstotliwość wypadków lotniczych i prawdopodobieństwo ich wystąpienia. Odsetek osób bojących się latać jest znacznie większy niż odsetek osób obawiających się jazdy samochodem – mimo, że wedle wszelkich statystyk – to właśnie ta ostatnia jest znacznie bardziej niebezpieczna.

Warto zwrócić uwagę, jak w kontekście powyższego oddziałują na nas media: chwytliwe tematy (np. kwestia gwałtów dokonywanych przez imigrantów) pojawiają się znacznie częściej niż inne, równie ważne problemy. To powoduje, że podświadomie zaczynamy zwiększać prawdopodobieństwo wystąpienia problemów, które są “na topie”. Co za tym idzie – stajemy się (w przypadku wspomnianych imigrantów) ksenofobiczni i ogólnie nieufni do wszystkich obcych.

Świat zewnętrzny

No właśnie, skoro już przy mediach jesteśmy. Jednym z najłatwiejszych sposobów uzyskiwania informacji są gazety i telewizja. Niestety, przeważnie są to informacje wielokrotnie przetworzone i genetycznie zmodyfikowane. Czasem naprawdę można dostać raka. Potrzeba wiele wysiłku, aby z “faktów” serwowanych przez media wyłuskać cokolwiek przydatnego. Nie twierdzę, że media to czyste zło. Oczywistym jest, że mają swoje zalety, tak samo, jak oczywistym jest, że czasem można trafić na coś wartościowego.

Jednak bardzo często misja informacyjna ginie w starciu z:

  • Potrzebą zysku: media żyją z oglądalności, więc ich naturalną tendencją będzie serwowanie tego, co najłatwiej się sprzeda, przykuje największą uwagę. Jeżeli jakaś informacja nie jest jednoznaczna, to warto ją podkolorować i uprościć. Sama częstotliwość powtarzania wybiórczych informacji – zaburza naszą ocenę skali i istotności zjawiska. Działa to w obie strony: informacje powtarzane często nabierają większej istotności, informacje powtarzane rzadko – wydają się ją tracić.
  • Poczuciem misji: część mediów jest po prostu tendencyjna. Pragną kształtować rzeczywistość, być opiniotwórczym. Problem w tym, że jest to robione w sposób nierzetelny i nieobiektywny. Fakty i statystyki naginane są do granic możliwości, a kiedy nagiąć się ich nie da – są pomijane. Wszystko pod z góry ułożoną tezę. Jak w przypadku wyżej: teza nie musi być mówiona wprost, wystarczy sterować doborem materiałów i częstotliwością ich emisji.
  • Coraz większym pędem: obecnie wszystko musi być błyskawiczne. Ciągnie to za sobą niechlujstwo, brak weryfikowania informacji, szum. Kaczka dziennikarska puszczona z jednego źródła potrafi być kopiuj – wklejana w dziesiątkach portali informacyjnych bez żadnego zastanowienia. Za puszczanie nieprawdziwych informacji, rzadko kiedy są kary. A w razie konieczności, zawsze można puścić (drobnym drukiem) sprostowanie.
  • Brakiem kompetencji: Często informacje (np. odkrycia naukowe) są tłumaczone z zagranicznych serwisów. Są upraszczane oraz przeinaczane z powodu niezrozumienia tematu.

Często “newsy” serwowane przez media spaczone są nie jednym, a kilkoma naraz z wyżej wymienionych czynników. Jednym z najgorszych przypadków jest polityka. Miesza się tutaj naprawdę wszystko. Jestem szczerze przekonany, że obraz polityków i świata pokazywany w gazetach i telewizji ma się (prawie!) nijak do rzeczywistości (która ogólnie ma się nijak sama do siebie, w świetle wszystkiego o czym pisałem powyżej).

W tym kontekście rodzi się pytanie: skoro gazety i telewizja są takie złe, to może na ratunek przyjdzie nam Internet? Niekoniecznie. Pamiętajmy, że Internet wchodzi coraz bardziej do mainstreamu, a co za tym idzie – dla wydawców wiąże się to z coraz większymi pieniędzmi. To z kolei pociąga za sobą podobne mechanizmy jak w przypadku mediów tradycyjnych. Przypuszczam, że za kilkanaście lat telewizja i Internet staną się jednym.

Co więcej, giganci rynku postanowili za pomocą szeroko rozumianej sztucznej inteligencji i innych sprytnych algorytmów coraz szczelniej zamykać nas w swoich własnych bańkach informacyjnych. Oni zdają sobie sprawę z tego, czym jest dysonans poznawczy i nie chcą serwować nam niczego, co mogłoby nas niepokoić.

Google personalizuje wyniki wyszukiwania pod nas: witryny, które już odwiedzaliśmy lub takie, które pasują bardziej do naszego profilu – trafiają na pierwszą stronę wyników wyszukiwania. Zresztą zdaje się, że zaczyna to mieć coraz mniejsze znaczenie, ponieważ Facebook pożera większą część Internetu: cokolwiek, co próbuje istnieć poza jego obrębem – jest marginalizowane.

Zresztą poza wyżej wymienionymi serwisami też nie jest różowo. We wszystkich serwisach, gdzie treści generowane są przez użytkowników panuje wolna (lub prawie wolna) amerykanka: można dowiedzieć się wielu ciekawych rzeczy, jednak część z nich ma spore szanse być zupełnie albo częściowo wyssana z palca. Niemal nagminnie brakuje odnośników do źródeł lub źródła oryginalne mówią coś innego. Nieraz dezinformacja jest celowa (tzw. trolling), nieraz użytkownicy stają się nieświadomym pomocnikiem kogoś innego, kto rozsiał informacyjnego wirusa.

Jednym z przypadków, który na dobre zapadł mi w pamięć był przypadek e-papierosów. Swego czasu Japończycy opublikowali wyniki badań nad wpływem e-dmuchawek na zdrowie. Polskie media szumnie otrąbiły szokującą wiadomość, że e-papierosy są bardziej szkodliwe od papierosów tradycyjnych. Problem w tym, że na stan ówczesnej wiedzy, nie była to prawda (nie wiem jak jest obecnie). Japończycy stwierdzili tylko, że w pewnych warunkach jest to możliwe – kiedy jedna z części ulegnie przepaleniu, a my nadal z e-papierosa będziemy korzystać. Mleko się jednak rozlało, sprzedaż poszła w dół.

Innym razem, kiedy dopiero zaczynała wybuchać afera wokół imigrantów – zacząłem bawić się w weryfikowanie newsów na ich temat. Oczywiście nie było to proste – większość wiadomości nie miało żadnych odnośników do źródeł, ale czasami dało się coś znaleźć na podstawie żmudnego przeczesywania sieci za pomocą słów kluczowych, np. nazwy miejscowości. Efekt tego był taki, że doszedłem do wniosku, iż naprawdę nie wiedziałem, co myśleć: ktoś napisał coś, gdzieś. Dorzucił fotkę płaczącej matki i news gotowy. Nie było żadnej możliwości weryfikacji tych treści. Nawet materiały wideo zwykle były wycięte z kontekstu. Jednocześnie – tego typu bezwartościowe kwanty informacji – niosły za sobą olbrzymi przekaz emocjonalny.

Wszystko to prowadzi do bardzo smutnej konkluzji – światem rządzą emocje. Jeśli chcesz trzymać się prawdy, to wyłącz wszystko. Wyjdź przed dom. Sprawdź, czy jak rzucisz kamieniem, to ten spadnie. Uff, tyle jesteś w stanie zweryfikować. W przypadku całej reszty – musisz zaufać, że ktoś, kto wygenerował daną encję wiadomości miał czyste intencje i działał zgodnie ze sztuką. Jeśli interesujesz się światem – nie jesteś w stanie weryfikować wszystkiego ze względu na zbytnią złożoność samej rzeczywistości. Złożoność, która dodatkowo niepotrzebnie zwiększona jest przez cały ten bezwartościowy, informacyjny szum. To nakłada na ciebie dużą odpowiedzialność jeśli chodzi o dobór źródeł, którym możesz zaufać.

Samodzielne badania

Czasem, jeśli się bardzo uprzesz, możesz też spróbować sam dotrzeć do interesującej cię wiedzy. Z pomocą przychodzi np. statystyka, jednak i na tym polu nie jest tak różowo. Postanowiłem ostatnio zbadać sprawę zarobków lekarzy. Wiedziałem, że aby sensownie opracować temat muszę przeprowadzić trochę researchu. Zanim do niego przystąpiłem, uświadomiłem sobie, iż wiem, że nic nie wiem.

 

Sokrates

 

Ilu jest lekarzy w Polsce? Za co konkretnie odpowiedzialny jest NFZ i Izba Lekarska? Jaki jest roczny budżet na leczenie pacjentów w Polsce? Skąd się te środki biorą? Jaka część tego budżetu idzie na wynagrodzenia? Jak te wynagrodzenia są dystrybuowane (np. czy nie jest tak, że większość zjadają dyrektorzy oraz urzędnicy)? Jaka jest różnica procentowa między zarobkami lekarza a sprzedawcy w Polsce? Jak wygląda ta różnica w innych krajach? Jaka jest mediana zarobków w rozbiciu na specjalizacje?

Mało kto tak naprawdę zna odpowiedzi na wszystkie te pytania, jednak większość ludzi doskonale wie, że lekarze zarabiają kokosy – bo ich sąsiad jest lekarzem, a on jeździ BMW. Mało tego, niektórzy ludzie są wręcz ekspertami, bo znają dwóch albo i trzech lekarzy!

Próbowałem dotrzeć do tych informacji, jednak uderzyłem w ścianę. Udało mi się odpowiedzieć tylko na część postawionych tu pytań. Problemów jest wiele: rozproszone źródła, bariera językowa, zwyczajnie brak danych dostępnych publicznie lub… za darmo.

Jeśli Drogi Czytelniku znasz dobre sposoby pozyskiwania informacji statystycznych, to z ogromną przyjemnością je poznam.

Podobnie sprawa wyglądała w przypadku programu 500+. Nie chcę oceniać tego programu rządowego, ale interesuje mnie mechanizm wyrabiania sobie opinii na dany temat. Dyskutowałem z ludźmi, którzy byli oburzeni i absolutnie przekonani o tym, że Polski nie stać na 500+. Nie potrafili jednak odpowiedzieć na takie pytania jak: ile wynosi roczny budżet Polski? Jaki procent całego budżetu to 500+? Jaki to w ogóle rząd wielkości? Jak te wydatki mają się np. do kosztów utrzymania administracji państwowej lub innych form dotacji?

Paradoks UFO i orła porywającego dzieci

Swego czasu internetem wstrząsnęło nagranie na którym orzeł porwał dziecko. Wszyscy byli poruszeni tym wydarzeniem, jednak po paru dniach autor filmiku przyznał się, że nie było to prawdziwe nagranie, a jedynie praca zaliczeniowa z efektów specjalnych w szkole filmowej.

Gdyby w sieci pojawiło się takie samo nagranie (nawet w HD!) prezentujące statek kosmiczny uprowadzający krowę – większość osób automatycznie założyłaby że to oszustwo. Właściwie zastanawiam się, co musiałoby się stać, abym w UFO uwierzył. Nawet gdyby mnie uprowadzili – byłaby duża szansa, że zacząłbym się po prostu zastanawiać czy nie mam schizofrenii.

Te dwa przykłady obrazują pewien paradoks polegający na jednoczesnej potędze i bezsilności mediów. Potędze, bo są one w stanie z łatwością kreować rzeczywistość w naszych głowach (orzeł). Bezsilność, bo nie są w stanie przekazać pewnych informacji (istnienie UFO) niezależnie od jakości nagrania. Oczywiście nie jest to paradoks sensu stricto. Po prostu ostateczny rezultat zawsze w dużej mierze zależny jest od, jak pisałem wcześniej, psychiki odbiorcy i stopnia w jakim podlega dysonansowi poznawczemu i błędowi konfirmacji.

Nie wariujmy

Zdaję sobie sprawę, że powyższy tekst wybrzmiał dość… smutno. Trochę też miał tak wybrzmieć, zwłaszcza w kontekście patrzenia na początek końca Europy w obecnym kształcie. Aż szumi w głowie piosenka Boba Dylana – “Times they are a changin”.

Trudno oprzeć się w takich chwilach wrażeniu, że jako ludzkość jesteśmy masą doskonale sterowaną przez jednostki lub niewielkie grupy osób: może lepiej poinformowane, może mające lepsze zasoby do generowania “informacji po ich myśli”. Czy w dobie takiego zaciemniania, możemy w ogóle mówić o prawdziwej demokracji?

Nie można jednak popadać w całkowitą paranoję: mamy narzędzia do myślenia! Szukajmy ich, myślmy. Ostrożnie podchodźmy do informacji, weryfikujmy, sprawdzajmy wiele różnych źródeł i nie bójmy się opuszczać własnej strefy komfortu w walce o lepsze zrozumienie świata.

Warto też pamiętać, że czasem proste stwierdzenie “nie wiem”, ma dużo większą wartość informacyjną, niż bełkot, który tak chętnie lubimy generować czując się niekomfortowo z faktem, że czegoś nie wiemy.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *